Teraz kolej na mnie. Też nie znam wezwań ołtarzy, więc mówię o ich barokowej oprawie. Nagle w głowie wyskakuje szufladka. Raz na szkoleniu mówili, że Tadeusz Kuntze (Konicz), autor obrazu w ołtarzu głównym, jako pierwszy odkrył talent wielkiego Francesco Goi. Ta barwna historia może przybliżyć mnie do licencji. Osiem miesięcy temu postanowiłam sprawdzić, czy w Krakowie naprawdę jest trudno zostać przewodnikiem – wspomina Elżbieta Wadowska.
Za kwadrans szósta, czyli piętnaście minut do pierwszego dzwonka. Miasto owiane listopadową melancholia, nie widać nawet kawałka nieba tylko smutne twarze i cienie kamienic. Zaraz zacznie się kurs na przewodnika w Krakowie, mieście w kółko nazywanym kolebką polskości. W przygnębiającej szarudze i spalinowym powietrzu z każdym krokiem coraz bardziej nienawidzę tego miasta, aby wkrótce raz na zawsze zmienić o nim zdanie.
W sali gimnazjum na Loretańskiej siedzi około pięćdziesiąt osób. Wszyscy chcą być przewodnikami? Przecież tyle się słyszy, że za duże wymagania, a w ogóle każdy może oprowadzać, dopóki go nie złapie kontrola. Na dopisanych krzesełkach siedzi sporo starszych, którzy już dawno nie mieli piórnika przed nosem. W ławkach kolana ledwo mieszczą się pod blatem. Odtąd spędzimy ze sobą 3 dni w tygodniu, więc warto się poznać.
- Spędziłam kilkanaście lat w Grecji, ale już wróciłam na stałe i chcę oprowadzać turystów po grecku. Dziwne, ale w Krakowie nie ma jeszcze przewodnika w tym języku – zdradza Iwona z naprzeciwka.
- Przyszłam, żeby się czegoś dowiedzieć o swoim mieście. Absolutnie nie wiążę planów z tym zawodem – zastrzega się Agnieszka, krakowianka z dziada pradziada.
Niedaleko niej siedzi Łukasz, z zawodu operator wózka widłowego, dalej Zośka, świeża magister filologii szwedzkiej, Anny, żona konsula amerykańskiego i Góralka z Łopusznej.
Tajne nauczanie
Szkolnym zwyczajem na pierwszych zajęciach wita nas dyrektor. Od razu stawia wysoko poprzeczkę: spóźnienie piętnaście minut, a nie wejdziemy do klasy i 30% nieobecności, a wylatujemy bez zwrotu wpłaconej gotówki. Jak to dobrze, że dwa wieki temu z Rynku zniknął kamienny pręgierz, bo nagrywanie ma być surowa karane. Nasze przedmioty to historia Krakowa i historia sztuki, które trwają po trzy godziny raz w tygodniu.
Dyrektor dużo mówi o ideale przewodnika, do którego mamy dążyć. To człowiek elokwentny, odpowiedzialny, mający w małym palcu dzieje Krakowa. Po długim wywodzie mamy wrażenie, że po grodzie Kraka nie może oprowadzać byle kto i tylko nieliczni z nas dostąpią tego zaszczytu. Jest się czego bać, bo według statystyk z naszej grupy zda tylko około ośmiu kursantów.
W sali panuje atmosfera tajnego projektu. Wydaje się, że zostaliśmy przeznaczeni do ważnego celu. Od tej pory przez osiem miesięcy będziemy mieć coś swojego, tajemniczego, niedostępnego dla znajomych czy rodziny. Tu na Loretańskiej znaleźliśmy swoją stubę communis (izbę wspólną) na wzór tej z Collegium Maius. Nawet żacy Jagiellońskiej Wszechnicy nie parali się nauką, którą można nazwać „krakoznawstwem”.
- Mamy mało czasu na zrealizowanie kursu, który spokojnie mógłby być pięcioletnimi dziennymi studiami nad Krakowem – mówi na powitanie Grzegorz Ciemała, pan od historii. Zaraz potem potwierdza swoją teorię listą lektur, wśród których nieznudzenie powtarza się jedno nazwisko – Michał Rożek. Jako autorytet przewodnicki będzie od tej pory nieustannie przytaczany, czytany, cytowany, a w końcu ganiony i przeklinany.
Piszemy pierwszą kartkówkę. Trudno nam zliczyć dzielnice Krakowa, ale z kopcami już idzie lepiej. Niektórzy w końcu dowiadują się, że hejnał mariacki wybrzmiewa o każdej pełnej godzinie (tylko w południe jest transmitowany w radiu), zaś krakowski szybki tramwaj ma nr 50. A kiedy Kraków lokowano? Jako jedni z nielicznych wiedzą Iwona i Jacek – małżeństwo historyków, które w przerwie zajada mandarynki. Po tej kartkówce już zawsze tlić się będzie w głowie jedno: „Lokacji dokonał Bolesław Wstydliwy 5 czerwca 1257 roku na wiecu w Kopernii w obecności żony Kingi i matki Grzymisławy”.
Wiedzę historyczną można też wykorzystać jako argument w rodzinnych sporach. – Powiedziałam piętnastoletniej córce, że nie umie nawet łóżka zaścielić, a królowa Jadwiga w jej wieku sama zorganizowała wyprawę na Ruś – śmieje się Kaśka, ekspert od gatunków kwiatów w kościele franciszkanów. – Ale córka mi na to, że ona już woli na Ruś byle łóżka nie ścielić – dodaje.
Na psychologii mówią nam, że nadmierna gestykulacja odbierana jest jako niższy poziom inteligencji, więc lepiej stosować otwartą dłoń. Z kolei na pierwszej pomocy na ochotnika zgłasza się Julia, która obok pracy, męża, tańca i kursu angielskiego najbardziej poświęca się Krakowowi. Pierwszy raz robi defibrylację za pomocą aparatu AED. Fantom uratowany.
Cyceron i szufladki
Z czasem nasze głowy zaprząta coraz więcej niezwykle istotnych faktów, a przed oczami przewijają się niezliczone postaci jak Puskás Laiszló, Kacper Bażanka, Baltazar Fontana (nie mylić z Santana) czy Jerzy Eleuter Szymonowicz Siemiginiowski. Analizujemy każdy kościół Starego Krakowa, każdą scenę ołtarza mariackiego i wszystkie 47 nieistniejących już baszt, które kiedyś strzegły miasta. Trzeba wypracować metodę zapamiętywania i kojarzenia, aby nie dostać obłędu od fali informacji.
- Nie załamujcie się drodzy państwo! Wystarczy grupować zabytki i założyć na nie szufladki w głowie, a potem już tylko dokładać usłyszane nazwisko czy wydarzenie do odpowiedniej szufladki – proponuje Agnieszka Podyma, pani od historii sztuki. Jej magiczne opowieści podparte dyplomowaną wiedzą i długoletnim doświadczeniem są filarem całego kursu. Przenosi w przeszłość choćby dzięki słownictwu. Któż nie zauważył, kiedy mówi „gardziel” zamiast gardło albo „odrzwia” zamiast drzwi. Wszak w pracy przewodnika detale są ważne.
- Jesteśmy nią oczarowani, to niezwykła osobowość i samorodek. Chociaż ciągnie nas godzinami po zakamarkach Krakowa, ciągle ma niespożytą energię – powtarzają zgodnie kursanci. Jest dla nas współczesnym Cyceronem, bo jak mawiał starożytny mówca: „Ten tylko rozpali tłumy, kto sam płonie”.
Muzeokrążcy
Oprócz wieczornych wykładów, weekendy poświęcamy na muzealne wojaże. Trudno uwierzyć, ale dla niektórych czterogodzinne zwiedzanie mija w pięć minut. U Czartoryskich analizujemy symbolikę łasiczki w portrecie Cecylii Gallerani, w Zbrojowni na Wawelu rodzaje broni białej, a w Starej Synagodze rozwijamy zwój Tory. Po czwartej godzinie szkolenia u Czartoryskich pani Agnieszka sugeruje nam usiąść na podłodze, a sama żwawo gestykuluje przed rzeźbą Merkurego, grającego na syrindze. Z całej grupy tylko ona nie wydaje się zmęczona.
Na Rynku klienci ogródków się dziwią, bo stoimy kilkanaście minut przed każdą kamienicą. Chłoniemy opowieści, o którym nawet kwiaciarkom się nie śniło. Wszystko ma znaczenie. Na Kanoniczej Agnieszka opiera się o kamienny występek z otworami – to średniowieczny mechanizm do gaszenia pochodni.
Nielegalnie po mieście
Czas na pierwsze oprowadzanie. Idziemy jak królowie dawną Via Regia, a każdy z nas ma swoje 15 minut bycia przewodnikiem. Popełniamy swoje pierwsze gafy, które pozostają niezapomniane do końca życia. I tak: Agnieszka mówi o absolwentach ASP, którzy sprzedają obrazy przy Bramie Floriańskiej, że to „domorośli malarze”, Bartek trzyma ręce w kieszeni, a Justyna zapomina języka w gębie przed Domem Matejki. Na Kazimierzu przed kościołem Bożego Ciała Ania myli legendy i opowiada tę o zabójstwie księdza Baryczki i budowie w ramach pokuty kościoła św. Katarzyny.
Aby nie było za łatwo, pan Grzegorz pozoruje zgubienie turysty przy McDonaldzie. Alicja jednak szybko odkrywa spisek i znajduje zgubę. To nie koniec, pan Grzegorz celowo przechodzi przez barierki na Plantach i depcze trawniki. Obowiązkiem przewodnika jest przywrócenie go do porządku.
Ach, ten granit rapakiwi
Nadszedł dzień egzaminu, czyli nasze deadline. Szufladki w głowie muszą być załadowane i gotowe do wystrzelenia przed komisją egzaminacyjną. Nie sposób przewidzieć, dokąd egzaminatorzy nas zabiorą. Stawiamy na Wawel. A może do Nowej Huty?
Dla niektórych to być albo nie być, dlatego młoda dziewczyna słabnie ze zdenerwowania na wielkim dziedzińcu Wawelu. Komisja wykorzystuje sytuację, żeby zapytać o pierwszą pomoc. Odpytywana kandydatka na przewodnika wzrusza ramionami. Cicho jakby makiem zasiał.
- A może by tak przykryć ją jakimś kocem? Albo najlepiej zanieśmy ją do katedry – proponuje po chwili zastanowienia.
- Tak, od razu złóżmy ją pod Ołtarzem Ojczyzny i jeszcze dajmy ostatnie namaszczenie – wyśmiewa nas starsza pani egzaminator, która rozładowuje atmosferę.
W Krakowie zanotowano już około 1100 przewodników – to jak wybrańcy z listy Schindlera. Wejście do ich grona nie jest łatwym zadaniem. Komisja jest bezlitosna i zawalić egzamin łatwo. Stenię, która uwielbia opowiadać anegdotki i tajniki z życia królów, pech dopadł na placu Matejki. Mówiła o kościele św. Floriana, pomniku grunwaldzkim, ale nie wiedziała jak nazywa się norweski kamień z pomnika grunwaldzkiego. – Nie radzę ubierać się na czerwono. Komisja dopytuje o szczegóły, więc lepiej nie rzucać się w oczy – mówi po swoim egzaminie Stenia.